OGLĄDAJ NAS NA KANALE 140 Vectra

Wtorek, 11 Grudnia 2018 Facebook YouTube

Obchodzimy Światowy Dzień Transplantologa

 

 

Był 26 stycznia 1966 roku, gdy w Polsce wykonany został pierwszy udany przeszczep nerki. W rocznicę tego wydarzenia obchodzony jest w naszym kraju Dzień Transplantologa. Jak ogromny postęp dokonał się na przestrzeni półwiecza w tej gałęzi medycyny, mogliśmy się przekonać podczas spotkania zorganizowanego w Śląskim Centrum Chorób Serca.

Hania miała dwa latka, kiedy zachorowała. Zaczęło się od złych wyników badań krwi. Dziewczynka miała bardzo wysoki poziom limfocytów. Lekarze podejrzewali początkowo białaczkę. Tę chorobę udało się wykluczyć, ale podczas badań okazało się, że Hania ma powiększone serce.
- Wtedy po raz pierwszy, od konsultanta wojewódzkiego, usłyszałam, że to jest serce do przeszczepu - wspomina Monika Zaremba, mama Hani. - Zaczęło się leczenie, jeżdżenie po różnych ośrodkach. W czwartym roku życia Hani został wszczepiony rozrusznik serca, ale córka słabła. Od kilku lat nie rosła, nie przybierała na wadze. Okazało się, że rozrusznik pracuje za jej serce w stu procentach – opowiada pani Monika.
W 2012 r. pochodząca z Opolszczyzny Hania trafiła pod opiekę specjalistów ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Wiosną 2016 r. dziewczynka trafiła na listę biorców. - Na początku stycznia przyjechałyśmy do Zabrza na rutynowe trzydniowe badania. W nocy z 2 na 3 stycznia przyszła do nas lekarka z informacją, że jest serce dla Hani. Brakuje mi słów, żeby opisać szok, w jakim wtedy byłam – mówi Monika Zaremba.
Hania przyznaje, że gdy obudziła się po operacji, wystraszyła się... bicia własnego serca. - Ono wcześniej biło bardzo wolno. Po przeszczepie było zupełnie inaczej. Miałam wrażenie, że dudni tak, że całe łóżko się trzęsie. To jest coś niesamowitego. Tyle lat na to czekałam - przyznaje 14-letnia dziś Hania. - Ja bardzo lubię gotować. Zawsze marzyłam, żeby pójść do jakiegoś programu kulinarnego, ale to było niemożliwe, bo nie mogłam biegać i siedzieć w tym gorącu. Teraz będę mogła to zrobić. Zawsze chciałam też tańczyć, tak jak moje siostry. Teraz będę mogła. Na wuefie nie będę już musiała siedzieć na ławce. Chciałabym się nauczyć pływać. Przez całe życie było tak, że większości rzeczy nie mogłam robić. Teraz mogę wszystko i z tego najbardziej się cieszę – uśmiecha się Hania.

O tym, jak bardzo aktywnym można być po przeszczepie, opowiadał 22-letni Patryk, który sześć lat temu dostał nowe serce. Transplantacja okazała się jedynym ratunkiem po komplikacjach będących następstwem grypy. - Od tego się zaczęło, bo kto by się przejmował grypą, jak ma się 16 lat. Grypa przeszła w zapalenie płuc. Leczyłem je, ale nie odpuściłem obozu narciarskiego. To mnie dobiło – wspomina Patryk. Dziś nadal jego pasją jest sport. Chłopak startuje w biegach, pływa, jeździ na rowerze i aktywnie uczestniczy w akcjach pod hasłem „Tak dla transplantacji!”.
Damian ma dziś 37 lat. Sześć lat temu był pierwszym pacjentem z mukowiscydozą, u którego wykonano przeszczep płuc. Kiedyś męczyło go przygotowanie kanapki. W ubiegłym roku przejechał na rowerze 10 tysięcy kilometrów! Czuje się świetnie. Podobnie, jak setki innych chorych, którzy żyją dzięki przeszczepowi.
- Nie wolno w 38-milionowym kraju ambitnych ludzi powiedzieć 30, 40, 50 czy 5-latkowi, że ma nieodwracalnie uszkodzony narząd i nie ma szans na uratowanie. To niemoralne, nieetyczne i niezgodne z zasadami współczesnej wiedzy medycznej. Transplantologia pomaga ratować życie i jest jak dekalog, który mówi, że trzeba to zrobić. Niepodejmowanie takich działań jest nie tylko nieuzasadnione, ale i niemoralne – podkreśla prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca.
W spotkaniu uczestniczyła grupa młodych lekarzy. - Pamiętajcie, musicie być lepsi od nas. Inaczej nie ma postępu – mówił do nich prof. Marian Zembala. - Ta praca nie kończy się o 15. W sobotę pacjent jest tak samo chory jak od poniedziałku do piątku. Jedno uratowane życie daje niesamowitą energię i oznacza, że warto było zostać lekarzem – podkreślał.
Ale nie zawsze się udaje. Julka nie doczekała przeszczepu. Zmarła, gdy miała niespełna dwa latka. Nie przeżyła udaru. Jej mama, Monika Folga, przyznaje, że w ciągu krótkiej chwili musiała zmienić swój sposób myślenia. Czekała na serce dla córki, by nagle stanąć z mężem przed decyzją czy oddać narządy Julki, by ratować życie innym.
- Ktoś mnie kiedyś zapytał czy zdaję sobie sprawę, że ktoś musi umrzeć, żeby moje dziecko mogło żyć. Nasze myślenie nie powinno iść w tym kierunku. Spodobała mi się bardzo przenośnia, jaką usłyszałam kiedyś od jednej z mam. Powiedziała, że z przeszczepem jest jak z odpalaniem świecy od tej, która już przygasa. Dla niej nie ma już ratunku. Ale zanim zgaśnie, można od niej odpalić kolejną świecę – mówi Monika Folga. - Transplantacje to temat, o którym musimy mówić. Czyjaś tragedia może się bowiem przyczynić do uratowania innego życia. Mnie ta myśl, w czasie kiedy Julcia umierała, bardzo pomogła – przyznaje pani Monika.
Od Julki nie pobrano ostatecznie narządów, ponieważ u dziewczynki doszło do rozległej infekcji. Jej rodzice pokazali jednak, że decyzja o oddaniu narządów, choć niezwykle trudna i bolesna, jest możliwa do podjęcia.

 

Natalia Stefańczyk